REC-EN-ZEN’T

od popkultury do surrealizmu

Kliknij, by poznać najnowszą ofertę Multikina i uzyskać informacje o najciekawszych według nas premierach i promocjach :)

Wkrótce

“Przed Czasem: Skazani” Alice Hill

“Przed Czasem: Skazani” Alice Hill

Zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści oraz na fanpage Alice Hill :). Kontakt pod adresem: officialalicehill@gmail.com
Alicja

Nasze patronaty

Nasze patronaty
Blogi
Dodaj Swojego bloga do spisów Więcej po kliknięciu
Blogi o literaturze genis.pl

Nasi partnerzy:

Nasi partnerzy:
BookMaster księgarnie internetowe

Publikujemy również na:

Publikujemy również na:

dziennik-bridget-jones-dziecko-helen-fieldingDo tej pory pamiętam, jak wraz z moją najlepszą przyjaciółką odkryłyśmy w szkolnej bibliotece „Dziennik Bridget Jones”. Mając jakieś piętnaście, może szesnaście lat, zachwycałyśmy się tą postacią, która poniekąd stała się jedną z naszych literackich idolek. Niemniej, dopiero teraz, po kilku latach, dostrzegamy, jak niewiele rozumiałyśmy z tej kreacji, z jej sposobu postępowania, z problemów czy lęków. Gdy zaglądamy do jej życia po kilku latach, ku naszemu zdziwieniu, niewiele się zmienia. Jednak, czy bieg czasu mógł zmienić aktualność tej postaci? A może nadal to bohaterka, z którą wiele kobiet się utożsamia? A co najważniejsze – czy przekaz, który niesie proza Fielding nadal jest tak silny (a jednocześnie podany w przezabawnej formie), jak niegdyś?

Bridget Jones nadal jest singielką. Mark Darcy wziął ślub, Daniel ani trochę się nie zmienił. Jones zyskuje lepsze stanowisko w telewizji, lecz poza tym, jej życie toczy się wokół tych samych problemów, co kiedyś – cellulit, nadwaga, brak seksu, brak asertywności i samoakceptacji. Dochodzi do tego jęcząca matka, która ciągle dopytuje się o wnuki, a sama Bridget obawia się, że niebawem będzie na nie za późno. Seria nietypowych (choć typowych dla Bridget) zdarzeń doprowadza do upragnionej ciąży. Jednak przecież dla tej Brytyjki nie mogło ułożyć się wszystko normalnie. Wszystko dlatego, że przyszła matka nie wie, kto jest ojcem. Dwóch kandydatów, których każda czytelniczka „Dzienników” dobrze zna, nie zachowuje się jak wzór do naśladowania. Czy Bridget uda się być dzielną w tym „okresie próby”? Czy uda jej się dojść do prawdy? A może materiał genetyczny nie ma żadnego znaczenia i powinna iść za głosem serca, wybierając tego, którego kocha? To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

zielenina-bez-glutenu

7777Jestem mięsożerna, a nawet dalej – jestem wszystkożerna. Nigdy nie próbowałam i nie zamierzam tego zmieniać. „Wszystko” jednak nie oznacza, że muszę konsumować całą paletę produktów w jednej chwili. Dlatego tytuły takie, jak „Zielenina bez gluteny” nie wywołują u mnie paniki. Sięgam po nie chętnie i z równą przyjemnością wykorzystuję uzyskaną z nich wiedzę we własnej kuchni.

Niestraszne mi gluteny, cukry, tłuszcze, indeksy glikemiczne. Nie respektuję praw tradycyjnych kuchni. Czasami zrobię sajgonki z kurczakiem, majonezem i kolendrą; innym razem tortillę z frankfurterkami, jajkiem i smażoną cebulą. Kuchnię pięciu przemian znam tylko w teorii, ale… nie używam zamienników oliw czy olejów, chemicznych tłuszczy utwardzonych imitujących śmietanę ani nawet kostek rosołowych. Nie boję się podrobów, a do każdego produktu podchodzę przede wszystkim z szacunkiem i wdzięcznością. Staram się gotować w zgodzie z sezonowością i w miarę możliwości dbam o to, by dobierane przeze mnie produkty nie czyniły światu (ani mi) żadnej szkody – jajka kupuję od sąsiadki na wsi, część warzyw w sezonie podkradam z maminego ogródka. Chętnie też chodzę na targ. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

kobiety-w-mafiiMacie całkowite prawo (po raz kolejny) nazwać mnie całkowitą ignorantką. Nie czytałam książki Roberto Saviano, nie oglądałam jej filmowej adaptacji ani serialu „Gomorra”. Jakiekolwiek pojęcie o mafii, zapewne dość mgliste i fantazyjne, miałam jedynie za sprawą pojedynczych dokumentów telewizyjnych czy produkcji fabularnych z lat 70. i 80. W związku z tym, naprawdę byłam przekonana, że rodziny mafijne nie mają już takiego wpływu na Sycylii, w Neapolu i w Kalabrii. Książka Milki Kahn i Anne Veron otworzyła mi jednak szeroko oczy. Historie o kobietach w mafii i ich roli okazały się także cennym źródłem informacji o samych ich przywódcach. Kim tak naprawdę są żony, córki, siostry, kuzynki mafiozów? Czy sprawują rolę bierną czy czynną? Pomagają zbrodniarzom, chronią ich, czy chronią swoje rodziny wydając ich policji? Czy od mafii da się uciec?

Autorki podzieliły swoją książkę na trzy części. Pierwsza z nich opowiada o cosa nostrze, czyli o mafii sycylijskiej; druga – o ‘ndranghercie, czyli o mafii z Kalabrii; trzecia – o kamorze, czyli o mafii z Neapolu. W każdym z rozdziałów znajdziemy historie opowiadające o losach konkretnych kobiet. Historie, które tak samo wiele łączy, jak i dzieli. Poznamy Ninettę Bagarellę, żonę „rzeźnika z Corleone”, czyli kobietę, która nigdy nie wyrzekła się swojego pochodzenia, rodziny i tradycji; Giusy Vitale, dziewczynę, która jako pierwsza sprawowała realną władzę w cosa nostrze (mimo, że przez bardzo krótki okres); Leę Garofalo, silną matkę, która zdradziła wszystko i wszystkich, aby tylko zapewnić swojej córce bezpieczne, godne życie; Marię Licciardi, siostrę szefa Przymierza z Secondigliano, zaniedbanej dzielnicy Neapolu, która po aresztowaniu brata zastąpiła go i kieruje do dzisiaj żelazną ręką wymuszeniami i handlem narkotykami. A przy tym jeszcze kilka innych opowieści z mafijnego świata, którego zasady oraz bezwzględność szokują na każdym kroku.

To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

zwierzteanocy10101010

Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć filmy, które poruszyły w mojej duszy z rzadka tylko świadomie obecną strunę. Ostatnio doświadczyłam tego po seansie „Młodości” Paolo Sorrentino. Nie mogłam wtedy dojść ze sobą do ładu przez długi czas, zastanawiając się dokąd zmierzam i co w życiu naprawdę się liczy. Dzisiaj, do tej niezwykle krótkiej listy tytułów dołączyły „Zwierzęta nocy” Toma Forda, które były jak iniekcja samoświadomości między żebra, prosto w moje pisarskie serce (a przy tym iniekcja intensywna i trzymająca w napięciu).

„Zwierzęta nocy”, jak skrzętnie zauważa dominująca część recenzenckiej świty, to najkrócej ujmując film o miłości i zemście. Podobne streszczenie jest jednak dla tego tytułu tyleż samo krzywdzące, co fałszywe i mogące wprowadzić w błąd potencjalnego odbiorcę. Byliśmy zresztą z Kamilem świadkami podobnej pomyłki. Kinowy seans umilały nam bowiem komentarze starszych pań z tylnego rzędu, które to poza stwierdzaniem – głośno i wyraźnie – oczywistości w stylu „Whisky!” albo „Ona teraz żałuje”, kilkukrotnie wspominały czytane recenzje, w których to zachwalano „Zwierzęta nocy” jako historię miłości i zemsty właśnie. Tymczasem to, co otrzymały, okazało się być dalekie od ich wyobrażeń uczuć i gestów w afekcie (o czym szybko dowiedzieliśmy się i my, i reszta zebranych na sali widzów). To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

killingfloor2

7777Wyobraź sobie zły dzień, jeden z tych gorszych. Rano łapie cię kanar, bo zapomniałeś, że bilet miesięczny miałeś do wczoraj; ledwie wysiadasz z tramwaju a okazuje się, że zgubiłeś ulubione rękawiczki; na uczelni kolokwium, którego termin kompletnie wyleciał ci z głowy, a w bibliotece wraz z miłym uśmiechem za zwrócenie książki otrzymujesz rachunek na kilkadziesiąt złotych za przetrzymanie jakiegoś tytułu, do którego nawet nie zajrzałeś. W drodze powrotnej samochód wjeżdżając w kałużę ochlapuje cię od stóp do głów, z kolei… W końcu docierasz do domu. Siadasz przed konsolą, licząc na ukojenie nerwów. Po co sięgniesz? Po rozkręcającego się dopiero po dwudziestu godzinach „Fallouta 4”? Po „Far Cry 4”, w którym świat jest tak ogromny, że na odpowiednio intensywną jatkę możesz trafić dopiero w przyszłym tygodniu? A może po „Batllefielda 4”, gdzie jeden wyćwiczony snajper może sprawić, że znienawidzisz tę grę na resztę życia? Przecież chodzi tylko o to, żeby odreagować; żeby bezmyślnie, bez strategii ustrzelić paru typków, co nie? Na takie właśnie dni, na takie właśnie chwile stworzono „Killing Floor 2”, kooperacyjny FPS utrzymany w klimacie horrorów klasy B, który właśnie dzisiaj (18.11.2016) zadebiutował na platformie PS4.

Oczywiście studio Tripwire Interactive wymyśliło fabularną klamrę dla podobnej rozwałki. Kto poszuka, ten znajdzie krótką historię wprowadzającą do świata „Killing Floor 2”. Próżnym wysiłkiem jednak okaże się wypatrywania w niej choćby krzty oryginalności – mamy tajemnicze eksperymenty, ogromną firmę i ten jeden projekt, który wymyka się spod kontroli. W efekcie związanych z nim destrukcyjnych sił cały świat zostaje zainfekowany i tylko grupka śmiałków ma tyle odwagi, by stanąć w szranki z tak zwanymi Zedami, które najprościej mówiąc stanowią połączenie zombie i demonicznych mutantów. Jest krwawo, obrzydliwie i bardzo brutalnie.

Zasady gry są proste jak konstrukcja cepa, a tryby rozgrywki, które oferuje ograniczone do absolutnego minimum. Tak naprawdę poza samouczkiem wybierać możemy wyłącznie z trybu offline (my kontra 4, 7 lub 10 fal zombie oraz boss) lub online (my i piątka przypadkowych graczy kontra 4, 7 lub 10 fal zombie oraz boss). Co je różni poza wsparciem ze strony innych graczy? Możliwość włączenia opcji „przetrwanie vs”, w którym zamiast w żądnego krwi bohatera wcielić się można w krwiożerczego mutanta. W obu przypadkach cel pozostaje jednak identyczny – zabijać i nie dać się zabić. A to, z każdą kolejną falą i poziomem (do wyboru mamy ich cztery: zwykły, wysoki, samobójczy i piekło na ziemi), jest coraz trudniejsze. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

7740776-3Mimo, że lubię francuskie komedie (szczególnie te z ostatnich dwóch dekad), to nie raz i nie dwa potrafiły doprowadzić mnie do szału. Jakkolwiek teraz zgrzeszę – nadal nie znoszę produkcji z Louis de Fine. Wybaczcie, po prostu mnie to nie bawi i basta. Jednak Dany Boon to zupełnie inna historia – zdarza mi się nawet śmiać do łez przy jego filmach. Ale czy produkcja wyreżyserowana przez Julie Delpy dała się po raz kolejny wykazać komikowi? Czy może francuski aktor najbardziej bawi w obrazach, które sam wyreżyseruje i napisze do nich scenariusz przystosowany do jego umiejętności?

Violette (Julie Delpy) jest już po czterdziestce i przeżywa drugą młodość. Spędza właśnie wakacje z przyjaciółkami na południu Francji. Tam poznaje Jeana-Rene (Dany Boon), który zdobywa serce kobiety. Może nie jest najprzystojniejszym facetem na świecie, ale za to nadrabia inteligencją, ciepłem, czułością. Mężczyzna jedzie za nią do Paryża, gdzie staje przed wyzwaniem nowego projektu w swojej pracy. Niestety, także wraz z powrotem z wakacji para musi stawić czoła pierwszemu, nowemu wyzwaniu. Nastoletni, zaborczy syn Violette (Vincent Lacoste) – Lolo – robi wszystko, aby skłócić parę i przegonić kochanka z życia matki na zawsze. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

co-mnie-zmienilo-na-zawsze

9999Zwykle działa to tak: w wolny dzień siadam i czytam jedną, dwie bądź trzy książki. Następnie zmieniam miejsce siedzenia i piszę jedną, dwie bądź trzy recenzje. Zwykle, bo ostatnio nie mam wolnych dni, a kiedy już czytam, to z przemęczenia tkwię gdzieś obok tekstu, a nie w nim. Naprawdę sądziłam, że podobnie rzecz wyglądać będzie z „Co mnie zmieniło na zawsze”, tymczasem… Często pytam (pytamy) to,, co sprawia, że książka jest dobra. Chyba wreszcie umiem odpowiedzieć – to ta, która wydaje się prawdziwa i tą prawdą angażuje na tyle, że zmęczenie i inne wymówki przestają mieć znaczenie. Jak powieść Amber Smith.

Obwoluta tekstu nie zapowiada dramatycznego dla czytelnika spotkania. Utrzymana w bieli, szarości i pudrowym różu wydaje się skrywać ciepłą, uroczą i grzeczną historię. Być może o pierwszej miłości? O dziewiczych pocałunkach, muskających się palcach, pisanych w zawstydzeniu liścikach podrzucanych później na lekcjach? Znajdujące się z prawej części okładki zdjęcie zamyślonej, młodej dziewczyny zaburza jednak ten idylliczny obrazek młodzieńczych zgryzot. Jest coś niepokojącego w bladości przedstawionej postaci, w jej zamkniętej postawie; w pustym, zagubionym spojrzeniu. W połączeniu z tytułem sens grafiki wydaje się zgoła odmienny od sugestii subtelnych, pastelowych barw i potencjalny odbiorca zmuszony jest zadać sobie pytanie, co może człowieka zmienić na zawsze oraz jak często mówimy tak w sytuacjach pozytywnych. A może nie mówimy wcale? Jaki koszmar skrywa niewinna obwoluta powieści Amber Smith?

Na odpowiedź na to pytanie nie musimy długo czekać. Kilkanaście wyrazów, kilka zdań, parę wersów i wiemy już, że czternastoletnia Eden, główna bohaterka tej historii, została zgwałcona. We własnym domu, we własnym łóżku, przez przyjaciela brata, w którym dziewczyna podkochiwała się od lat. Wystarczył niezamknięty zamek i pięć minut, by piegowata klarnecistka, w którą inne dzieciaki w szkole rzucają groszkiem, zaczęła zmieniać się z niewinnej i nieśmiałej w istotę przepełnioną nienawiścią (do wszystkich, z sobą na czele) i wstrętem. Wkrótce po marzącej o pierwszym pocałunku, nieśmiałej i zagubionej Eden nie pozostaje nic poza wspomnieniem, bo chociaż bohaterka tej historii wciąż milczy – „wierząc”, że dzięki temu jest tak, jakby nigdy nic się nie stało – to płonąca w niej nienawiść wcale nie przygasa. Wręcz przeciwnie. Płonie coraz jaśniej i coraz częściej uderza w tych, w których nie powinna być wymierzona. Ale jak pokochać świat, gdy nawet odbicie w lustrze budzi wściekłość? To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

wszyscy-jestesmy-martwi4444Dałam się uwieść. Spojrzałam na nią jeszcze zanim zaistniała naprawdę, jeszcze zanim pojawiła się w ludzkich domach, zanim stała się częścią czyjejś kolekcji. Spojrzałam na nią i wiedziałam, że muszę ją mieć, zajrzeć do jej wnętrza, poznać ją. No, ale wiecie, co mówią o książkach – nie oceniaj po okładce i inne takie. Książka „Wszyscy jesteśmy martwi” Katarzyny Grzędowskiej nie zaskoczyła pod tym względem. Chociaż atrakcyjną wizualnością obiecywała tajemniczą podróż, w rzeczywistości okazała się gotowym do podpalenia stosem doskonałych, lecz niewykorzystanych w swym potencjale, pomysłów.

Okładka powieści hipnotyzuje – kolorami, czcionką, grafiką, mimiką i gestami przedstawionej na niej kobiety. Jest tu wszystko – widmowe skrzydła, natapirowane włosy, księżyc w pełni, krwiste spojrzenie i dłonie wyciągnięte w geście, który sugeruje działania magiczne – a mimo to obwoluta „Wszyscy jesteśmy martwi” nie wydaje się przesadzona. Subtelny chaos jaki na niej panuje, idealnie oddaje nastrój nieuporządkowanego, agresywnego mroku, który zwykł działać impulsywnie, a nie według starannie przemyślanego planu. Jeżeli ktoś jest w stanie przejść obok tej okładki obojętnie, to z pewnością nie interesuje go po prostu ciemna strona nadnaturalnych światów.

Każdy fan mrocznie baśniowych historii przepadnie jednak ostatecznie, gdy odwróci książkę w dłoniach i zapozna się z opisem jej zawartości. Alice i Dan, rodzeństwo z tajemniczą przeszłością, trafiają w tej opowieści do zadziwiającego miejsca – Końca Świata. Ta z pozoru senna miejscowość skrywa wiele sekretów, a fakt, że leży na styku Pierwszego i Drugiego Świata to dopiero początek serii niesamowitości, jakie oferuje. Bo gdzie indziej można by porozmawiać z Marią Antoniną czy Abrahamem Lincolnem albo Izaakiem Newtonem? Kto inny niż istoty nadprzyrodzone mógłby wyjaśnić bohaterom, skąd biorą się ich tajemnicze sny, wizje i zachowania? Dla Alice i Dana życie (czy aby na pewno?) ma się zacząć dopiero, gdy od dawna martwi zdradzą im prawdę o ich naturach. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

szalenstwagafyitrafy8888Ponad rok upłynął od czasu, gdy trzymałam w rękach książkę Marka Greenside’a „Nie będę Francuzem”. Pomimo entuzjastycznej recepcji utworu Amerykanina długo zwlekałam z sięgnięciem po kolejne z jego historyjek, a wszystko za sprawą… bałaganiarstwa. „Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo)” – to właściwy, pełny tytuł tekstu – schowały się gdzieś pomiędzy obszerniejszymi tomami i zginęły w recenzenckim stosie. Może maczała w tym paluszki opatrzność? Dykteryjki Greenside’a rozjaśniły bowiem niczym letnie słońce, pochmurne już, jesienne dni, powodując wzrost endorfin (niech żyje zdolność autora do rozśmieszania czytelników!) i ogólną poprawę wtłaczanego przez pogodę w chandrę, samopoczucia.

Drugi tom opisów zmagań Amerykanina z przyzwyczajeniami i zasadami Francuzów jest wizualnie równie naiwny, co poprzedni. Grafika beretu i mustache w połączeniu z nałożoną na marmurowy deseń czerwienią, sprawiają wrażenie obcowania z lekturą dla młodzieżowego czytelnika (być może nawet jedną z tych w stylu „Tylko nie jedz tej książki”). Eklektyzm stylistyki obwoluty ­– cztery rodzaje czcionki, ozdobne zawijasy i minimalistyczny dobór kolorów (tylko biel i czerwień) ­– powoduje swoisty rodzaj zagubienia, w którym chodzi o balansowanie na granicy nowoczesnego pojmowania smaku i kiczowatej przesady. Niezależnie jednak od oceny wizualnej strony książki, trzeba przyznać, że trudno spodziewać się po niej tego, z czym spotyka się ostatecznie czytelnik. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

7753043-6-19999Coraz rzadziej zdarza mi się natrafić na film, po którego seansie uświadamiam sobie wiele rzeczy na swój temat, rewiduje swój idealizm czy światopogląd, a jednocześnie trafia we mnie jak kula armatnia powodując odrzut na kilkaset metrów. Takie filmy często pozbawiają sił witalnych powodując także niemałe zawirowania natury emocjonalnej (a przynajmniej dzieje się tak w moim przypadku). Jednak tkwi w nich ogromna moc, która staje się źródłem samostanowienia siebie. Dlatego musiałam odczekać aż dwa tygodnie dopóki zebrałam wszystkie myśli i zapiski po seansie „Ostatniej rodziny”. To produkcja, która dla mnie okazała się obuchem w łeb i czułym przytuleniem jednocześnie.

W ostatnich miesiącach chyba większość Polaków zdołała się dowiedzieć, kim była rodzina Beksińskich. Rok 1977, Polska. Tomek Beksiński (Dawid Ogrodnik) wprowadza się do swojego pierwszego, nowego mieszkania. Na tym samym osiedlu, zaledwie kilka bloków dalej mieszkają także jego rodzice. Dorosły już Tomasz ma problemy z odnalezieniem się w codzienności. Nadwrażliwy, dziwny, odczuwający rzeczywistość wszystkimi bodźcami młody człowiek podejmuje pierwszą nieudaną próbę samobójczą. Nadopiekuńcza matka Zofia (Aleksandra Konieczna) panicznie martwi się o syna oraz o przyszłość swojej rodziny. Jednak ojciec Tomka, Zdzisław, przede wszystkim oddaje się całkowicie swojej sztuce, malarstwu. Mimo, że każdy z nich stara się jakoś kontrolować swoje życie, to żaden z Beksińskich nie wiedzie przepięknego, szczęśliwego żywota.

To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)