REC-EN-ZEN’T

od popkultury do surrealizmu

Kliknij, by poznać najnowszą ofertę Multikina i uzyskać informacje o najciekawszych według nas premierach i promocjach :)

Wkrótce

“Przed Czasem: Skazani” Alice Hill

“Przed Czasem: Skazani” Alice Hill

Zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści oraz na fanpage Alice Hill :). Kontakt pod adresem: officialalicehill@gmail.com
Alicja

Nasze patronaty

Nasze patronaty
Blogi
Dodaj Swojego bloga do spisów Więcej po kliknięciu
Blogi o literaturze genis.pl

Nasi partnerzy:

Nasi partnerzy:
BookMaster księgarnie internetowe

Publikujemy również na:

Publikujemy również na:

7745999-38888

Ciężko byłoby znaleźć na świecie osobę posiadającą dostęp do telewizji czy książek, która nie miałaby bladego pojęcia, kim jest Bridget Jones. To postać, która piętnaście lat temu pokazała nam, kobietom, że nie mamy się czego wstydzić, że każda z nas przeżywa podobne dylematy. Zastanawiająca się, czy na pierwszą randkę założyć seksowną bieliznę, czy raczej wyszczuplające majtki, wprowadziła także nowy rodzaj bohaterki do gatunku, jakim jest komedia romantyczna. Dlatego ponowne spotkanie z Bridget było przeze mnie wyczekiwane tak, jak na spotkanie z dawną znajomą, która być może ruszyła do przodu, ale nadal bliska jest mojemu sercu.

W skrócie: Bez wahania mogę stwierdzić, że trzecia część przygód niezdarnej, choć niezwykle emocjonalnej Brytyjki, to najlepsza odsłona serii.

Jones (Renee Zellweger) spotykamy ponownie w jej urodziny – tym razem Brytyjka kończy 43 lata. Nie dziwi specjalnie, że po raz kolejny spędza je samotnie. Rozstała się z Markiem (Colin Firth), który teraz ma żonę; Daniel (Hugh Grant) zaginął w katastrofie lotniczej i został uznany za zmarłego; a Bridget, bez partnera, tęskni za seksem. Wraz z przyjaciółką z pracy wybiera się na muzyczny festiwal, na którym poznaje Jacka (Patrick Dempsey). Przygoda trwająca jedną noc ma być jedynie miłym wspomnieniem, jednak Jones nie ma pojęcia, jak bardzo się myli. Kilka tygodni później okazuje się, że kobieta jest w ciąży. A przecież w tym samym czasie spotkała się także z Markiem i spędziła z nim noc. Więc… kim jest ojciec dziecka? Czy Bridget powie obu mężczyznom o swoim stanie? A jeśli tak, czy uświadomi ich, że obaj są potencjalnymi tatusiami? To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

grimmcity-front_1000px9999

Jakub Ćwieka ma wybitny talent nie tylko do wpisywania się w wybrane przez siebie motywy, ale do ich wybierania w ogóle. Jak dotąd czytelnicy mieli już okazję zapoznać się z jego pomysłem na przetworzenie tematyki superbohaterskiej („Dreszcz”), mitologii nordyckiej („Kłamca”) czy „Piotrusia Pana” („Chłopcy”). Tym razem niezwykle płodny amator popkultury zaserwował fanom swojej twórczości kryminał utrzymany w stylistyce noir, nawiązujący światem przedstawionym do baśni braci Grimm. No i jak tu Jakuba Ćwieka nie lubić?

Przygoda z mnogością nawiązań rozpoczyna się już od warstwy estetycznej powieści – jej okładki. Mroczna, w przeważającej części czarno-biała ilustracja oraz czcionka tytuł łączą się bezpośrednio z plakatami filmów noir. Z kolei sposób zapisania podtytułu („Wilk!”) oraz wyróżniająca się pośród szarości czerwona plama stroju przedstawionej na okładce postaci i żółć przejeżdżającej obok niej taksówki, nasuwają skojarzenia z „Sin City” Franka Millera (tak, jak i sam tytuł). Jednak to wszystko, to dopiero zapowiedź kontekstowego bogactwa tej historii.

W skrócie: „Grimm City” lepi się od gęstej metafizycznej atmosfery, wręcz magicznej tajemniczości. To idealna lektura na rozpoczynającą się właśnie jesień.

Nad tą, wiecznie pogrążoną w obłokach tłustej czerni metropolią, wisi nie tylko tajemnicza niepogoda, ale również widmo nieustającego zagrożenia. Jak dotąd wśród względnie bezpiecznych zawodów wykonywanych w świecie wyznawców Bajarza i jego proroków, braci Grimm, znajdowała się praca taksówkarza. Ostatnio jednak ktoś zaczął polować na kierowców, w różnorodny sposób pozbawiających ich życia. Jakby tego było mało oficer policji, Wolf, zostaje zamordowany we własnym mieszkaniu, a w mieście pojawia się kobieta w czerwonym płaszczu z kapturem. Czy i jak sprawy są ze sobą powiązane? Czy odpowiedzią okaże się sprawiedliwość ulicy czy też sprawca (sprawcy?) trafią do więzienia pod zaostrzonym rygorem – Domu Trzeciej Świnki? To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

easy-poster6666

“Easy” reklamowano sloganem brzmiącym, mniej więcej, “serial o seksie, nowoczesnych technologiach i relacjach międzyludzkich”. Brzmi intrygująco, prawda? Tym bardziej, gdy zorientujemy się, że każdy odcinek opowiada o innej parze, snuje zupełnie inną historię. Najbardziej nęciły mnie owe “międzyludzkie relacje”. Serial komediowy, który opowiada o współczesnych związkach mógłby być strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo, kiedy widzimy równie doborową obsadę, nasz apetyt wzrasta. Jednak czy na pewno nęcący opis gwarantuje znakomitą zabawę oraz realną wiwisekcję obecnych relacji między kobietami i mężczyznami, kobietami i kobietami, mężczyznami i mężczyznami? Co mogło pójść nie tak w serialu, który z założenia powinien być hitem?
W skrócie: Niestety, to jedna z produkcji Netflixa, które zaliczę do najmniej udanych.
“Easy” to antologia, więc każdy odcinek opowiada zupełnie inną historię. Większość par jest ze sobą w jakiś sposób połączona, jednak nie wszystkie. Zdecydowanie łączy je za to jedno – wspólne miejsce zamieszkania, czyli Chicago. Poznajemy historię dwóch lesbijek, które spotykają się na imprezie i starają się zbudować związek, mimo, że jedna z nich udaje kogoś, kim nie jest; małżeństwo, które posiadając dzieci, nie potrafi na nowo odnaleźć w sobie namiętności; pary, która usilnie stara się o potomstwo; czy młodego związku z małym dzieckiem, który szuka “tej trzeciej” do trójkąta. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

gwiazda-zaranna7777Rewolucja, nawet ta powoływana do życia z najczystszych pobudek, pociąga za sobą ogromne ilości niewinnych ofiar po obu stronach barykady. Czy odgórne – na poziomie przywódców walk, grupy zaangażowanych w akcje – decyzje faktycznie mogą nosić znamiona dobra? Czy konsekwencje, które dotykają w podobnych sytuacjach nieświadomej części społeczeństwa, naprawdę można rozgrzeszyć? Ile osób można poświęcić, by ostateczny bilans zysków okazał się dodatni? Ostatni tom trylogii „Red Rising” Pierce Browna przynosi nie tylko rozwiązanie fabuły, ale stara się odpowiedzieć na szereg pytań z zakresu etyki i moralności.

Okładka „Gwiazdy Zarannej” kolorystycznie znajduje się gdzieś pomiędzy tą „Złotej Krwi” i „Złotego Syna” – jest tak, jakby ktoś wymieszał ze sobą ich barwy: gorący pomarańcz i chłodny błękit. W efekcie tegoż mariażu odcieni powstała obwoluta ciemna, mroczna, niepokojąco pociągająca; z jednej strony odstraszająca pustką, z drugiej intrygująca hipnotyzująco kontrastującymi barwami płonącymi na horyzoncie ilustracji. Przedstawiona w centralnej części twarz, przedzielona zygzakowatym kształtem niezmiennie budzi pewne obawy. Sam symbol nawiązuje do wydarzeń przedstawionych w powieści, mających znaczący wpływ na finał tej historii.

W skrócie: Brown nie tylko w metaforyczny sposób opowiada o naszej, realnej rzeczywistości, ale również stawia uniwersalne pytania, o których trudnych aspektach zwykle nie chcemy myśleć.

Darrow au Andromedus nie żyje. Tak przynajmniej sądzi świat, który władza stara się przekonać poprzez chociażby wielokrotne transmisje egzekucji Helldivera. W tym samym czasie Synowie Aresa rozprzestrzeniają film, pokazujący „rzeźbienie” ciała sławnego Czerwonego. Wszyscy jednak – zarówno działacze „podziemia”, jak i zwykli ludzie sądzą, że Darrow odszedł na zawsze. Tylko niektórzy Złoci znają prawdę o więzionym w nieludzkich warunkach Helldiverze. Do czasu, gdy Sevro natrafia na ślad. Są jednak rany, których nie da się zasklepić. Czy symbol wyzwolenia, Czerwony, który poświęcił wszystko dla idei jest w stanie spróbować po raz kolejny? Czy podniesie się z kolan i to samo wywalczy dla niższych kolorów? Czy… powstanie z grobu nie tylko ciałem, ale i duchem? To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

7745900-32222Mimo, że kilka książek Stephena Kinga przeczytałam i szanuję prozę mistrza grozy, nigdy nie zostałam jej fanką. Niemniej słyszałam niejednokrotnie mieszane opinie, a może i przede wszystkim niepochlebne, dotyczące jednej z jego powieści – „Komórki”. Jej recenzje spowodowały, że raczej nie zamierzałam po nią sięgnąć. Ucieszyłam się więc, że będę miała przynajmniej okazję obejrzeć jej adaptację. Liczyłam, że – być może – przekona mnie ona, aby jednak po powieść sięgnąć. Efekt okazał się jednak zupełnie odwrotny… 

W skrócie: Nie oglądajcie – w tym filmie nie ma nic dobrego. No, może oprócz tego, że zawsze miło popatrzeć na Johna Cusacka i Samuela L. Jacksona.

„Komórka” to film oparty na powieści Stephena Kinga o tym samym tytule. Rysownik Riddell (John Cusack), który właśnie skończył pierwszy zeszyt deniutanckiej historii graficznej, znajduje się na lotnisku w momencie, w którym cały świat się zmienia. Za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej transmitowany jest dziwny sygnał, który sprawia, że osoba rozmawiająca przez telefon zamienia się w krwiożerczą bestię. Na szczęście, niektórzy w czasie, w którym wybucha „epidemia”, nie korzystają z aparatów i szybko orientują się, że nie powinni. Grupa ocalałych stara się przetrwać w rodzącym się chaosie. Jednym z nich jest właśnie Riddell, a szybko dołącza do niego inżynier Tom McCourt (Samuel L. Jackson). Panowie postanawiają wydostać się z Bostonu, a rysownik za wszelką cenę stara się dotrzeć do żony i syna. To prawdziwa walka z czasem, ponieważ musi zdążyć, zanim jego syn skorzysta z komórki. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

poster-elementary-season-2

8888Ledwie skończyłam przygodę z pierwszym sezonem „Elementary”, już wzięłam się za drugi. Na drodze do jego szybkiego i płynnego skończenia stanęły jednak wakacyjne wyjazdy, sprawy związane z rekrutacją na studia doktoranckie i rozliczne obowiązki innej maści. Wreszcie, gdy po prawie dwóch miesiącach nieobecności wróciłam do domu, miałam szansę nadgonić odcinki jednej z najoryginalniejszych serii spośród bazujących na historiach Sherlocka Holmesa. I okazało się, co mnie absolutnie nie zdziwiło, że drugi sezon „Elementary” nie tylko dorównuje pierwszemu, ale i w pewien sposób jakościowo go przewyższa.

W skrócie: Twórcom produkcji udało się zachować najważniejsze atuty serii, dbając przy tym, by brak drastycznych przemian nie uczynił cyklu nużącym.

Wątki kontynuacji serialu produkcji CBS wciąż oscylują w okolicach morderstw w Nowym Jorku. Sherlock Holmes (Jonny Lee Miller) i jego partnerka doktor Joan Watson (Lucy Liu), oficjalnie już szkoląca się na detektywa, rozwiązują zagadki kolejnych, nietypowych i brutalnych zabójstw. Zmienia się jednak wątek główny, który chociaż stanowi rozwinięcie subtelnie zaznaczonych problemów fabularnych z pierwszego sezonu, nie był dotąd na pierwszym, czy choćby drugim planie. Swoje miejsce w serialu zyskuje np. Mycroft (Rhys Ifans), brat Sherlocka. Z kolei w zapomnienie odchodzi stopniowo Moriarty (Natalie Dormer). Kontynuacja „Elementary” kładzie również zdecydowanie silniejszy nacisk na relacje między ludzkie, zwłaszcza na linii Holmes-Watson oraz Holmes-wydział policyjny. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

suicidesquad

9999Podobno krytyka filmów blockbusterowych nie ma sensu. Tak przynajmniej wyczytałam w jednej z pokonferencyjnych antologii, traktującej o rozwoju i stanie krytyki polskiej i światowej. Według zawartych w tej książce koncepcji, wysokobudżetowe produkcje z natury muszą być złe z perspektywy wartości kinematograficznej (kładzie się raczej nacisk na wartość rozrywkową i „lekkość” przekazu), więc ich ekspercką oceną nikt się nie przejmuje. Myślę sobie, że może to i dobrze, bo gdybym brała pod uwagę głosy krytyki w odniesieniu do „Suicide Squad”, ominęłoby mnie niesamowite doświadczenie estetyczne, muzyczne oraz rozrywkowe i humorystyczne. Na tyle niesamowite, że – co nieczęsto mi się zdarza – miałam ochotę zobaczyć je w kinie więcej niż raz.

W skrócie: Po dramatycznie złym „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” naprawdę bałam się filmu Ayera. Tymczasem „Suicide Squad” okazało się balsamem na me zbolałe serce.

Amanda Waller (Viola Davis) to szara eminencja tajnych oddziałów amerykańskich sił zbrojnych. Zajmuje się wyjątkowymi przypadkami i proponuje rządowi Stanów Zjednoczonych nieszablonowe rozwiązania obronne. Jej kolejnym projektem (w odpowiedzi na zniknięcie Supermana) ma być „Task Force X”, opierający się na wykorzystaniu potencjału jaki zawierają w sobie umiejętności największych przestępców na globie. Wkrótce więc do życia zostaje powołana jednostka nazwana przez jej członków Suicide Squad. Okazuje się, że szantażowani groźbą natychmiastowej dekapitacji złoczyńcy – Harley Quinn (Margot Robbie), Deadshot (Will Smith), Kapitan Boomerang (Jai Courtney), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Diablo (Jay Hernandez) – bardzo szybko muszą stanąć do walki z zagrożeniem ze strony metaludzi, które przewyższa możliwości bojowe standardowej grupy wojskowej USA. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

beduinki-na-instagramie-moje-zycie-w-emiratach-b-iext431780976666

W stereotypowej świadomości Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą kojarzyć się z brakiem deszczu, wiecznym upałem, wieżowcami, dwoma porami roku (przy czym trudno nam, Polakom, byłoby odróżnić jedną od drugiej) i kobietami, które mają mało praw oraz zawsze noszą na twarzy zasłony. Nawet jeśli odrzucimy to schematyczne myślenie nie wyobrazimy sobie takiego obrazu tego świata, który przedstawia nam Aleksandra Chrobak. Nie powiem, że to miejsce, w którym chciałabym mieszkać, lecz z pewnością to miejsce zaprezentowane zostało przez młodą polonistkę w taki sposób, w jaki żadne media go nam nie zaprezentowały do tej pory.

W skrócie: Odsłania coś, czego nie pokazują w większości programy podróżnicze czy przewodniki – codzienność połączoną z mediami społecznościowymi oraz nowoczesnością, która wkradła się niepostrzeżenie do tego tak młodego kraju.

Okładka książki to zdjęcie najbardziej charakterystycznego miejsca w Emiratach, czyli Meczetu Szejka Zajeda. Połowę projektu zajmuje napisany na błękitnym tle (tak błękitnym jak przepiękne, bezchmurne niebo jakie można tam spotkać) białymi literami tytuł książki. Nad nim znalazło się miejsce dla imienia oraz nazwiska autorki, sporządzonego w nieco jaśniejszym odcieniu błękitu. Oba napisy, oprócz przepięknego tła, zdobią także wzory typowe dla tamtejszych witraży. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

strategiamistrza4444Wierzyłam w Lance’a Armstronga. Wierzyłam w jego zwycięstwa, słowa i kreowany w mediach mit. W czasach, kiedy święcił swoje największe sukcesy, byłam jeszcze nastolatką. Żółtą opaskę Livestrong kupiłam po dwóch czy trzech miesiącach odkładania kieszonkowego. Chciałam być częścią świata Armstronga, chciałam towarzyszyć mu w walce z różnorodnymi przeciwnościami losu. Jego historia nie opowiadała wyłącznie o chorobie i wygranej z rakiem. Nieustępliwy, wielokrotny zwycięzca Tour de France był dla mnie symbolem walki w ogóle. Dzięki niemu wierzyłam, że nie ma rzeczy niemożliwych. A później… Później okazało się, że choć historia Lance’a Armstronga ­– opowiedziana też w „Strategii mistrza” – to piękna bajka, to jednak wciąż tylko bajka.

W skrócie: Jeżeli nie wiecie jak to właściwie z Armstrongiem było, warto „Strategię mistrza” obejrzeć – podstawowe informacje wyłapiecie nawet z równie zaskakującego kompozycyjnie obrazu.

Podczas pierwszego startu w Tour de France Lance Armstrong (Ben Foster) otrzymuje prostą lekcję – trzeba czegoś znacznie więcej niż marzenia, by wygrać najznakomitszy turniej kolarski na świecie. David Walsh (Chris O’Dowd) dziennikarz „Sunday Times” z kolei tego „czegoś więcej” w czasie pierwszego z Armstrongiem wywiadu nie dostrzega. Wieloletnie obserwacje kolarzy dają mu podstawę, by uznać Amerykanina za solidnego acz przeciętnego sportowca. Gdy ten odnosi pierwsze, odcinkowe zwycięstwa Walsh cieszy się razem z Armstrongiem, jednak gdy po chorobie rakowej kolarz wraca do sportu i od razu staje na podium, dziennikarz nie ma wątpliwości, co się za tym kryje. Walsh przez lata stara się więc udowodnić, że Amerykanin korzysta z dopingu. Tymczasem sława i mit Armstronga rosną w siłę… To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)

2465726666

Wszyscy stali czytelnicy i wszyscy moi znajomi wiedzą, że jestem muzycznym freakiem. Bywam na większości ważniejszych koncertów w Polsce, a przede wszystkim na naszych rodzimych festiwalach. Nie dziwi więc, że moja praca licencjacka traktowała o biografiach muzyków rockowych i „pożeram” każdy film, który muzyki w jakikolwiek sposób dotyczy. Dziś padło na wyprodukowany przez Netflixa obraz „XOXO”, który być może nie zachwyca soundtrackiem (chociaż pojawia się w nim najlepszy remix Disclosure), ale przedstawieniem imprez typu rave, które od lat 90. do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością.

W skrócie: Produkcja Netflixa pokazuje w jakiś sposób, na jakie przeszkody trafiają dzisiejsi dwudziestolatkowie. I to w naprawdę niebanalny sposób.

Ethan (Graham Phillips) jest młodym muzykiem, który za sprawą jednego utworu opublikowanego na Youtubie zyskuje niezwykłą popularność. Milion wyświetleń w krótkim czasie powoduje, że zostaje zaproszony na jeden z bardziej znanych i obleganych festiwali elektro w Ameryce – XOXO. Niestety, od początku los rzuca mu kłody pod nogi w drodze na jego pierwszy występ. Jednocześnie poznajemy także historię Krystal, która w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek, ma nadzieję na poznanie prawdziwej bratniej duszy oraz parę, dla której XOXO jest ostatnim wspólnym dniem razem przed rozstaniem. To jeszcze nie koniec! Czytaj dalej :)