The Boy 2016 – horror wart uwagi

W panteonie przerażających lalek – od Talky Tiny w „Strefie Zmierzchu” po Chucky’ego w filmach „Zabawa dla dzieci” i Annębelle w „The Conjuring” – często jest to pomysł na to, że ożywający obiekt nieożywiony i siejący krwawe spustoszenie, który jest bardziej przerażający, niż sama egzekucja. To trudne zadanie do wykonania: czerpać dreszcze z zamieniania dziecięcej zabawy w coś naprawdę groźnego vs. wywoływać chichoty na samą głupotę propozycji.

Taki jest niefortunny – i nieumyślnie zabawny – przypadek The Boy, którego nastrojowa atmosfera i zaangażowane występy nie mogą przesłonić faktu, że jest to jeden głupi strzał w dziesiątkę. (To także film, który nie został pokazany krytykom przed otwarciem; studio w rzeczywistości wyciągnęło z filmu zaplanowane na czwartek i noc, na wypadek gdybyście się zastanawiali, czy nie być optymistą).

Lauren Cohan z „The Walking Dead” robi jednak wszystko, co w jej mocy, by poważnie potraktować swoją rolę przez wszystkie jej niewiarygodne zakręty i zakręty. Gwiazduje jako Greta, ładna, młoda Amerykanka, która wyjeżdża do odległej angielskiej wioski, aby podjąć pracę jako niani dla 8-letniego chłopca. Wygląda na to, że ma romantyczną przeszłość i musi oddalić się jak najdalej od domu; jednak to, co odkrywa, to to to, że jest daleko od wszystkiego innego, również. Kiedy wciąga do dostojnego, zastraszającego dworku Heelshiresa, wciągnięty do szoferki samochód z chauffeuredem, zauważa z przerażeniem: „To jest jak coś z bajki, czyż to nie jest? Właściwie to jak coś z każdego gotyckiego horroru, jaki kiedykolwiek widziałeś, z dzikim, mglistym terenem, ciemnymi schodami, ukrytymi przejściami i rzeczami, które zapadają się w nocy.

Kiedy Greta spotyka sztywno ubranego, konserwatywnie ubranego Heelshiresa (weteranów Jima Nortona i Diany Hardcastle), którzy wyglądają bardziej jak dziadkowie ośmioletniego chłopca niż rodzice, otrzymuje ścisłą listę zasad i rutynę, do której musi się stosować. Poznaje również samego chłopca – który wcale nie jest chłopcem, ale raczej lalką z porcelanową lalką z prymitywną szafą z maleńkich garniturów i kardiganów oraz szklistym spojrzeniem. Ale Heelshires, który nazwał go Brahms, traktują go jak żywe, oddychające dziecko. Rozmawiają z nim. Karmią go. Niosą go po schodach w górę i w dół, grają dla niego klasyczne płyty i nocą kładą go do łóżka.

„Och, Brahms! Musisz usiąść prosto”, jego matka delikatnie w pewnym momencie łagodnie biczuje. Później ona później mówi: „Mamusia jest z ciebie tak dumna”. Pozornie rzeczowy sposób, w jaki ci genteelowi, zamożni ludzie postrzegają to, co jest zabawką, ma być denerwujący. Czy są obłąkani czy diaboliczni? A Greta, jako nasze stanowisko, wyraża cały sceptycyzm i obawę, że w tej dziwacznej sytuacji będziemy się obawiać. Ale ona potrzebuje pieniędzy, więc podejmuje pracę. (Choć to, jak dowiedziała się o koncercie z jej małego miasteczka w Montanie, jest tajemnicą; Heelshires nie mają Internetu ani serwisu komórkowego i wydaje się, że przestały komunikować się ze światem zewnętrznym kilkadziesiąt lat temu).

Innym pracownikiem pary jest Malcolm (Rupert Evans), śmieszny, kruchy urzędnik ds. zakupów spożywczych, który prowadzi dla nich sprawy w mieście i przyjeżdża raz w tygodniu. (Jego obecność, podobnie jak u Grety, jest nieco tajemnicza. Kim on jest? Dlaczego mu ufają? Czy poza cotygodniowymi wizytami ma jakieś życie? Pytania obfitują w scenariusz Stacey Menear, a my po prostu drapiąc powierzchnię, żeby uniknąć spojlerów. Ale Malcolm jest na tyle przyzwoity, by wypełnić Gretę tym, co się tu dzieje: Prawdziwy Brahms zmarł w pożarze 20 lat temu w ósme urodziny, a Heelshires od tego czasu używa lalki jako stojaka do dziś.

Wszystko wydaje się wystarczająco nieszkodliwe, mimo swojej dziwności – aż Heelshires wyruszy z miasta na długo oczekiwane wakacje i zostawi Gretę samą z Brahmsem. Nagle okazuje się, że jej dobytki znikają i pojawiają się na nowo, a przez korytarze słyszy śmiech i trzaski dziecka, które rozbrzmiewają echem. Sama lalka nie porusza się – na początku – ale dziwne rzeczy są wyraźnie na nogach.

Reżyser William Brent Bell inscenizuje kilka naprawdę napiętych momentów – jeden z nich rozgrywa się w wypróbowaną, mroczną i burzliwą noc – ale w większości przypadków nie może zdecydować, czy zagrać prosto, czy też dobrze się bawić w tej obcojęzycznej przesłance na wzór zachwycającego „Crimson Peak” Guillermo Del Toro. Zbyt mocno polega na strachu przed skokami, sekwencjach koszmarów i ogólnym prognozowaniu samego domu, aby wykonać pracę. Znajdujemy się więc w nieco muskularnej, szarej strefie pośrodku, gdzie decyzje bohaterów, reakcje i dialog sprawiają, że śmiejemy się, ale być może nie świadomie. To niewygodne i dziwne, ale nigdy bezwstydnie nie jest na tyle dziwne, by służyć jako grzeszna przyjemność.

Skręt, który wyjaśnia, co tak naprawdę dzieje się tutaj, czuje się jak odrobina osłabienia, podobnie jak kulminacyjna konfrontacja z prawdziwie złą siłą, z którą bawi się i dręczycielska Greta. Jest bardziej rote niż rewelacja, a możliwość sekwencji w finałowym ujęciu gra bardziej jak zagrożenie niż obietnica.